W czwartek rano wskoczyłem do zośki w celu dostania się do pracy a tu boom. Kluczyk odpalił kontrolki, ale rozrusznik ani drgnął. Okazało się, że kluczyk swobodnie sobie latał w stacyjce nic nie powodując. Wyjęcie go nie powodowało zgaśnięcia kontrolek. Do pracy trzeba było dostać się piechotą - dobrze, że nie mam zbyt daleko
Po pracy od razu zabrałem się do rozbierania tego w celu ustalenia problemu. Okazało się zgodnie z przypuszczeniem, że ułamał się trzpień wkładki stacyjki i tkwi on w końcówce obudowy stacyjki. Pomyślałem, że zabiorę się od tego z drugiej strony na zasadzie zdjęcia kostki. I tutaj pojawia się mój problem. Normalnie kostkę demontuje się na zasadzie odchylenia dwóch zatrzasków i ściągnięcia jej w dół. No niestety tutaj z powodu tego zalegającego trzpienia w końcówce obudowy stacyjki nie za bardzo chce to ruszyć. Co z tym fantem zrobić? Czy trzeba zdejmować całą obudowę stacyjki co zapewne wiąże się z demontażem kierownicy itd? Myślałem nad rozwierceniem tego trzpienia, ale boje się, że mogę uszkodzić kostkę.
Drugie pytanie - kostka do której wchodzi ten trzpień, jest połączona z "drugą kostką" do której idzie wiązka kabli. Nigdy tego ze sobą nie rozłączałem i mam pewien z tym problem. Wiem, że tam z tyłu na "kostce" z wiązką kabli jest taka wyjmowalna zawleczka. Wyjąłem ją, ale pomimo tego rozłączenie ich idzie strasznie topornie. Czy one jeszcze w jakiś inny sposób są ze sobą zablokowane, czy po prostu styki z kostki tak mocno trzymają i trzeba po prostu rozłączyć to na "chama" bo ma to swoje lata? Nie chciałbym nic tam dodatkowo urwać :S


