Coś się w międzyczasie działo, gdzieś fociłam Zosieńkę od tamtej pory ale jakoś zaniedbałam wątek. Dziś naprawiam zaniedbanie. (nawiasem mówiąc znów ma dekle, bo stalówki i zimówki wróciły na nóżki).
Czas na wspomnienie weekendowej podróży we dwie: ja i Zosia, szwędaczki po ziemiach: świętokrzyskiej i sandomierskiej.
Wyjechałam z Lublina o 8 rano, z lekkim stresem, ponieważ odważyłam się zarejestrować na portalu wspólnych podróży i zabierałam studenta. Gdy się okazało, że on się jeszcze bardziej obawiał niż ja - stres się wyrównał i podróż minęła już spokojnie i bez najmniejszych kłopotów. Od Opatowa leciałam już sama z Zosieńką. Potem odwiedziłyśmy Lecha i Basię, przyznam, że tereny gdzie się kierowałam urzekają, są naprawdę malownicze, żywe obrazy najlepszego artysty. Nawigacja ciutkę się pogubiła ale telefon - i trafiłam do celu. Moja psychika tam całkowicie się zregenerowała ale czas był nieubłagany i pora odjazdu także.
Ani razu nie zgrzytnęła a gdy z Lechem załadowaliśmy jej cały bagażnik jabłkami - o dziwo nawet się piękniej trzymała drogi (ja mimo swojej uhmm wagi dla Zosi to chuchro) .
1 udokumentowany etap podróży, gościnne progi Lecha i Basi
Potem na luzie i gładką jak blat stołu drogą pognałyśmy do Ćmielowa, tam już nieco gorsza droga ale na szczęście tylko na odcinku 10 km, Zosia pozwoliła mi zabrać kruchą porcelanę, dotarłyśmy na 19 do Ostrowca Świętokrzyskiego. Tam obie przenocowałyśmy na osiedlu Pułanki. W sobotę znów kierunek Ćmielów

wiecie nooooooooooooooo skoro Zosia mocno prosiła, bym jej dorzuciła trochę pięknych filiżanek, jakżeż mogłam jej odmówić, doszły i porcelanowe talerze. Wiecie, zapewniała Zosieńka że będzie wiozła je bardzo delikatnie i spełniła obietnicę.
W sobotę około 16 znów z Zosieńką zostałyśmy sam na sam obierając kierunek na Starachowice. Tam po imprezie sportowej zostałyśmy na nocleg w przepięknym otoczeniu gospodarstwa agroturystycznego. Ja wygodny pokoik, Zosia wygodny, oświetlony i zamknięty bramą na pilota parking.
Jakoś tak się złożyło, że tym razem nie robiłam zdjęć w sobotę ani w Ostrowcu ani w Starachowicach, relaksowałam się, za to po wyruszeniu ze Starachowic ...
Po wypoczynku i moim śniadaniu - dalszy cel podróży, Iłża, gdzie zatrzymałam się by porobić trochę zdjęć.
Szukajcie jej dobrze
Ciepielowice, do których jechałam przez piękne złote lasy po naprawdę gładkiej drodze. O dziwo nie naciskałam gazu do dechy tylko pozwoliłam Zosi na tempomacie jechać .... średnio 70ką. Pełen relaks, pusta droga, piękna pogoda, nie musiałam być nigdzie na konkretną godzinę, podróż naprawdę relaksacyjna.
U Pawła i jego rodziny kolejne przepiekne przemiłe chwile, znów znalazłam się w otoczeniu zwierząt, które kocham od dziecka, koni, i chciał nie chciał... znów w drogę. Nie byłabym sobą, gdybym naprawdę po odbyciu przyjemnej podróży do Puław nie odwiedziła jeszcze koleżanki. Kawka, herbatka i hehe ku mojej radości oddane mi spore pieniądze - w najlepszym momencie, dla Zosi będzie na maglownicę.
No i cóż, powoli się dzień kończy, wracamy do domu. I zonk. Aby podróż nie była za słodka - postój w megakorku na wjeździe do Lublina. A korciło mnie by obrać kierunek na Lublin przez Nałęczów, nie byłoby kłopotu i szybciej byłabym.......nie nie w domu jeszcze, u Enzo i Moniki

:D:D:D
Dopiero około 21 postanowiłam z Zosią wrócić na dobre do domu. I ten odcinek już przeleciał wzorcowo.
Łącznie z jazdą po miastach w różnych celach Zosia śmigła prawie 500km w ten weekend, co będzie widać na mapce. W tamtą stronę wiozła aronie, po drodze złapała jabłka, potem porcelanę, zostawiła po drodze aronie i gubiła po worku jabłek. Do Łęcznej przywiozła ich jeszcze spory zapas:) a pachnie jak marzenie. W międzyczasie a dokładnie w Iłży pięknie zapozowała. Gdybym znała drogę dla Zosi na Iłżecki zamek.......dopiero miałaby fotosesję.............. Może uda się to kiedyś nadrobić.
Więcej zdjęć tutaj w bardziej odpowiednim wątku:
http://www.zafiraklub.pl/viewtopic.php?p=190210#190210
